*Walentynki*

Obudziła mnie głośna muzyka. Niechętnie zwlokłam się z łóżka i z zamkniętymi ze zmęczenia oczyma poszłam do pokoju Krisa. Uchyliłam drzwi i kiedy upewniłam się, że jest sam, wtargnęłam do środka. Zastałam go siedzącego na krześle obrotowym, tyłem do drzwi.
- Wyłącz to idioto! Czy ty wiesz, która jest godzina? – krzyczałam próbując zagłuszyć muzykę. – Obudzisz Alice!
- Młodej już od dwóch godzin nie ma w domu i ty chyba też powinnaś być już gotowa na przyjście Toma. – Odwrócił się w moją stronę. Niewzruszona dopadłam radia i wyłączyłam je.
- W takim razie, która godzina, cwaniaku? – założyłam ręce na piersi i uniosłam podbródek.
- Jedenasta trzydzieści – powiedział spokojnie, a mój wyraz twarzy automatycznie się zmienił. – A teraz lepiej idź się ubierz, bo Tom będzie tu lada chwila. – i z powrotem obrócił się w stronę biurka, tym razem zakładając słuchawki na uszy. Jego słowa błądziły po mojej głowie. Przecież umówiłam się z Tomkiem na dwunastą na pieczenie ciasta dla jego nowej przyszłej dziewczyny – krzyczały moje myśli. Czym prędzej wróciłam do siebie i zaczęłam przerzucać szafę w poszukiwaniu jakichś ciuchów. Mój wybór padł na czarne, skórzane rurki, czarny top i koszulę w czerwoną, szkocką kratę. Pośpiesznie założyłam wszystko na siebie i udałam się do łazienki. Umyłam twarz zimną wodą i od razu się rozbudziłam. Rozczesałam długie, skołtunione, blond włosy i spięłam je w luźnego koka, a szyję spryskałam pachnącą mgiełką. – Dziś walentynki – pomyślałam. – Dobrze byłoby wyglądać trochę odświętniej niż zwykle. – sięgnęłam po idealnie czarny eyeliner i namalowałam grubą, kocią kreskę na oku. Zadowolona z efektów uśmiechnęłam się do lustra i zeszłam do kuchni. Zostało jeszcze pięć minut, które spożytkowałam na ogarnięcie kuchni i salonu po wczorajszej „imprezie” mojego brata. Nie było sensu go wołać, nawet do pomocy – ten leń zapewne zszedłby dopiero po przyjściu Tomka. Kiedy włączałam program zmywarki, usłyszałam pukanie do drzwi. W lustrze w przedpokoju poprawiłam włosy i otworzyłam drzwi. Stał w nich dość wysoki, umięśniony blondyn, o przenikliwym spojrzeniu.
- Hej, Lily! – uśmiechnął się do mnie i wszedł do środka.
- No hej. – odpowiedziałam i pocałowałam chłopaka w policzek. – Kupiłeś co trzeba?
- Tak myślę… – zastanowił się. – Tylko jest mały problem. -dodał gdy już wchodziliśmy do salonu.
- Jaki problem? – zaciekawiłam się. Tom położył plecak na hokerze przy kuchennym barku i zaczął wyjmować na niego produkty.
- Nie mam przepisu na ten tort. – dodał z miną poszkodowanego szczeniaka. Zaśmiałam się.
- No i czym się martwisz? – rzuciłam wesoło. – Najwyżej wyjdzie nam zakalec. Jak zwykle zresztą, kiedy mi pomagasz. – Uśmiechnęłam się szeroko i wytknęłam mu język.
- Nawet tak nie mów. – zagroził głośniejszym głosem i podniósł ostrzegawczo palec wskazujący. – Ciasto musi się udać! Przecież chyba nie chcesz, żebym skompromitował się przed Magdą?
- No wiadomo. – uśmiechnęłam się przymilnie. – To ja pójdę po laptopa, może uda mi się znaleźć ten przepis.
- A ja co mam robić? – zapytał.
- Możesz porozkładać wszystko na blacie, wyjąć dużą miskę i takie tam.
- No dobra – odrzekł niepewnie.
Wbiegłam po schodach, przeskakując po dwa stopnie. Wpadłam do pokoju i już po chwili byłam z powrotem na dole z komputerem w ręku. Odłożyłam go na barek i usiadłam po turecku na hokerze. Tomek tym czasem podwijał rękawy swojej biało-niebieskiej koszuli. Po kilku szybkich kliknięciach odszukałam właściwy przepis, a każdą kolejną czynność czytałam i tłumaczyłam chłopakowi – w końcu tort miał być przez niego samodzielnie zrobiony. Przy jakichś trudniejszych czynnościach, opuszczałam swoje stanowisko i pomagałam mu je wykonać (albo robiłam samodzielnie). W końcu udało się równo przełożyć biszkopt masą i schować na półtora godziny do lodówki, by się schłodził. Spojrzałam na zegar. Dochodziła czternasta. – Akurat – pomyślałam. – O szesnastej będzie gotów. – Zadowoleni z wyników współpracy, rozsiedliśmy się na kanapie w salonie. W tle leciał jakiś program telewizyjny. Po jakimś czasie słodkiego lenistwa usłyszałam pukanie. Zdziwiona podniosłam się z kanapy i poszłam do przedpokoju. Standardowo przejrzałam się jeszcze w wielkim, oprawionym w grube ramy lustrze i poprawiłam fryzurę. Otworzyłam drzwi i pierwszym co zobaczyłam był wielki bukiet czerwonych róż.

 

***
Prawdopodobnie jutro dodam drugą część, a podzieliłam żeby nie było zbyt długie. Mam nadzieję, że kogoś zaciekawiło – specjalnie urwałam w ważnym momencie. ;)

7 myśli nt. „*Walentynki*

  1. patrycja.patrycja112

    Radziłabym ci wydać książkę z opowiadaniami. A co do opowiadania to bardzo mi się podoba to i inne też. Zapraszam cię do czytania i komentowania mojego bloga http://www.malyna.blogująca.pl. Może nieznajdziesz tam opowiadań, ale znajdziesz wiele błędów ortorgaficznych i gramatycznych :-(. Ale w komentarzach pisz szczeże to co myślisz!!

    Odpowiedz
  2. ~Paulina

    Piękne opowiadanie. Sama nie lubię walentynek. Nigdy nie obchodziłam. Te zaczęły się w wyjątkowy sposób. Gadałam z kolegą na fb o północy .__. Sama myślałam nad pisaniem opowiadań, ale nigdy się nie zabrałam za coś takiego. Podziwiam naprawdę, pięknie ubierasz w słowa i czytając, trudno się oderwać.

    Odpowiedz
    1. Lily Lou Autor wpisu

      Przyznam, że też jakoś szczególnie ich nigdy nie obchodziłam. Ale te akurat zmieniły tradycję. Niezmiernie mi miło, że spodobało Ci się opowiadanie. :)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>